Od ponad pół wieku miłośnicy Jamesa Joyce’a, a zwłaszcza ta ich frakcja, która absolutnie stawia „Ulissesa” ponad „Finneganów tren”, przy czym obie te frakcje nie wykazują za grosz szacunku wobec „Portretu artysty z czasów młodości” jako juwenalnej prozy trywialnie realistycznej i pozbawionej odpowiednio modernistycznej finezji formalnej, otóż ci właśnie miłośnicy, ściskając w spoconych dłoniach surowe kartofle i kufle Guinessa, każdego 16 czerwca przemierzają wcale nie takie zielone ulice Dublina śladami Leopolda Blooma.
Od kilkunastu lat miłośnicy demaskatorskiego talentu Dana Browna uparcie tropią ślady Roberta Langdona, choć mają niewielkie szanse, by dane im było dostrzec pędzącego maluchem przez Pola Elizejskie czy Fleet Street Toma Hanksa, za którym uparcie podąża niestrudzony i wcale nie małolitrażowy Sylas. O Malcie nie wspomnę, bo kim jak kim, ale kawalerem Hanks przestał być z chwilą opuszczenia przedszkola. Opus Dei czuwa, a literatura napędza koniunkturę turystyczną, w dodatku w miejscach, które na brak frekwencji i tak narzekać nie mogą.
Wzmożony ruch na promach przybijających do brzegów szwedzkiej wyspy Gotandia w dużej mierze jest zasługą bohaterów powieści Mari Jungstedt. Powszechnie dostępne przewodniki po miejscach, w których odnaleziono wymyślone przez nią zwłoki, zapełniają od góry do dołu kioskowe stojaki, skutecznie wypierając ze sprzedaży nawet Svenska Dagbladet. Jest to o tyle uzasadnione, że geologicznie obszar Gotlandii stanowi fragment progu denudacyjnego, zbudowanego z wapieni koralowych i marglistych, jak informuje niezawodna Wikipedia.
„Ciemniejsze niebo” należy do grupy wyrodków. Po pierwsze powieść powstała przy udziale Rubena Eliassena. A po drugie – trup tym razem ściele się na Kanarach. Być może wynika to z faktu, że Eliassen to Norweg, czyli taki wyemancypowany Szwed, zatem należało w ramach consensusu zapewnić zbrodni jakąś neutralną, acz wciąż wyspiarską scenerię, w dodatku mogącą zrekompensować trudy zbyt długo trwającej zimy, której destrukcyjnego wpływu nie mogą zrównoważyć nawet konstruktywne wpływy za ropę i gaz ziemny.
Na bliższym tle (ciemniejszego nieba?) pozycja psa z głową w dół, pozycja spętanego kąta i inne pozornie zbawienne asany. W dalszym natomiast  „Narodziny Wenus” Botticellego. Czyli coś dla ciała i dla ducha. A wokół niezauważenie i bez związku rosną w ciszy kanaryjskie krzewy aloesu, które wpływu na nic nie mają, ale służy im wulkaniczna gleba. Nie ma to jak wakacje na Gran Canarii. Gdyby tam jeszcze „Batory” pływał…

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *