Podobno jak się czegoś chce, to nie powinno się z tym kryć, bo tłumienie może wywołać poważne zaburzenia psychiczne, które wcześniej czy później doprowadzą do dysfunkcji emocjonalnej i społecznej stłamszonej jednostki. Takie stwierdzenie ogólne, choć niepozbawione elementu prowokacji intelektualno-obyczajowej i narażone na zarzut hołdowania wrogiej ideologii, może budzić pewne wątpliwości natury bądź to moralnej, bądź to porządkowej. Wiążą się one z granicami wolności własnej i wolności innych, nawet tych odmiennych, przez co upośledzonych, i otumanionych miazmatami. A jak wiadomo (co prawda powoływanie się na wiedzę wygląda ryzykownie, jednak w coś ponoć wierzyć trzeba, wszak człek to stwór niewdzięczny, że niedoskonały), jedna wolność tam się kończyć powinna, gdzie zaczyna się druga i kolejne. W powszechnym przekonaniu tego typu egoizm behawioralny był właściwy głównie poglądom wychowawczym propagowanym przez liberalne i syte ponad miarę społeczeństwa północnej Europy, zwłaszcza Skandynawii. Tę tendencję nazwano wychowaniem bezstresowym (zapominając jednakowoż, jak wielkim stresem jest już sam fakt zamieszkiwania rejonów podbiegunowych: permanentne wychłodzenie organizmu, białe noce i ciemne dni, niedobór witaminy D3, którego nawet jonizacja wywołana przez zorze polarne zrównoważyć nie zdoła, zalew literatury kryminalnej, eksplorującej rejony brzydoty, zła, zbrodni, występku, społeczny przymus korzystania z komunikacji zbiorowej, że wymienię tylko najważniejsze czynniki stresogenne, które nieopacznie zdominowały tę część wywodu, który wcale nie im miał być poświęcony).
Jeśli dygresja samoistnie przejmuje stery, jednym ze skuteczniejszych sposobów jej ujarzmienia jest rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo wpadnięcia w znane już koleiny (bo tylko Dania, do Skandynawii zaliczana wszakże, wypadła z nich z kretesem, o czym informował książę Hamlet, zapewne z powodu młodego wieku oraz głębokiego stresu [sic!] utożsamiający ojczyznę swą niewielką ze światem całym), ale od czego nadludzki wysiłek woli, o wzmożeniu patriotycznym nie wspominając?! A początek był przecież tak obiecujący. Jak ktoś czegoś chce, nie powinien się z tym kryć. Brzmi to niemal jak cytat z klasyka, tyle tylko, że już i klasycy zostali także skutecznie posortowani. A żeby tylko oni.
Kryć się zatem, czy nie kryć, oto jest pytanie. Młodemu Hamletowi zwykle w przypadku pojawienia się podobnego dylematu wręcza się pomocny rekwizyt w postaci czaszki dość dobrze zakonserwowanej, żeby miał czym ręce zająć, a nie albo machać nimi jak wiatrak, albo wstydliwie na podołku składać, co księciu przecież nie przystoi, bo etykiecie pałacowej uwłacza. Zadanie pytania to zwykle początek żmudnej drogi. Pytanie może zostać zignorowane. To po pierwsze. Po drugie może zostać (intencjonalnie bądź za sprawą naturalnych ograniczeń natury intelektualnej) zrozumiane opacznie. Wtedy odpowiedź siłą rzeczy będzie miała podobny, czyli wypaczony charakter. Może także – po trzecie – zostać dobrze zrozumiane, co nie zmieni faktu, że odpowiedź obarczona będzie dużym negatywnym ładunkiem emocjonalnym, a zerowym merytorycznym. Ogólnie rzecz ujmując, chodzi o inwektywę, powszechnie zwaną bluzgiem. Do rzadkości należą sytuacje, w których pada pytanie, a po nim następuje odpowiedź, która pytania dotyczy. To takie nudne, niemodne, zupełnie obrzydliwie niemedialne. Subtelności typu pytań retorycznych lub pytań na śniadanie zostawiam niszowym badaczom osobliwości. A zresztą nie w tym rzecz. A w czym?
Otóż w tym, że gdy starożytni Rzymianie czegoś chcieli, to dostawali. Chcieli Rzym założyć? Znalazła się odpowiednia wilczyca, bo kapitolińska. Chcieli mieć konia w Senacie? Wprowadzili i mieli. Chcieli mieć Galię? Nawet Asterix im nie zdołał przeszkodzić. Chcieli rzucić kości? Cezar im to zapewnił. Chcieli mieć Brutusa? Też Cezar im to załatwił. W pewnym sensie. Chcieli igrzysk? Maurowie, Negrzy, Słowianie i pierwsi chrześcijanie pospołu z dziką i rozjuszoną zwierzyną zapewniali godziwą rozrywkę. Chcieli socjalu? Program „Pontus plus” działał bez zarzutu. Chcieli w końcu upaść? To zaprosili Hunów, Gotów i Wandali, a ci z zadania wywiązali się śpiewająco (with a little help of Romans themselves). I tu można byłoby zakończyć tę meandrującą opowieść. Nie kończy się ona wprawdzie happy endem, ale wiadomo wszak, że nieważne, co mówią, ważne żeby w ogóle mówili. Zatem złamać należy chronologię, zachwiać linearnym pojmowaniem czasu i powrócić jednak do momentu, gdy imperium napawało się swoją wielkością. I czego wówczas chcieli Rzymianie? Cóż, w tej kwestii musimy zaufać ekspertom. Jednym z nich jest niejaki Cornelius (jakże łacińsko to brzmi!) Hartz (tonacji germańskiej ukryć się w żaden sposób nie da). Połączenie wizjonerstwa i solidności to obiecujący alians, przynajmniej w tym kontekście. Otóż Rzymianie chcieli… orgii (bardzo chcieli, bo z wykrzyknikami). Cóż, reszta jest milczeniem, jak powiedział duński książę  Hamlet, którego historię opisał albo Szekspir, albo Marlowe, albo Bacon, albo może jeszcze kto inny, kto widocznie nie chciał za bardzo, więc się skrył. Ave! Morituri te salutant!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *