Wystarczyło wyjść na balkon, żeby móc „podziwiać” nieskazitelnie socrealistyczną (bo o skażeniu nowojorskimi wzorami właściwie nikt nie pamiętał, a jeśli pamiętał, to wspomnieć się nie ważył; jeśli już jakiś nalot wykraczający poza przyjaźń polsko-radziecką występował, to raczej chiński, bo gmach powszechnie zwany był Pekinem) sylwetę „daru” Wielkiego Brata dla zamordowanego w ’44 miasta. Na szczęście miejsce jest na tyle odległe od Placu Defilad, że cień stalinowskiego drapacza chmur nie sięgał do niezbyt reprezentacyjnego bloku przy ulicy Górskiego 1. Sama uliczka cicha, spokojna, przede wszystkim dlatego, że praktycznie ślepa, w sam raz do parkowania. W jednym jej końcu równie nieprzelotowa uliczka Tuwima (na rogu popiersie  Wojciecha Górskiego, zasłużonego pedagoga i filantropa), przy drugim zaś połączenie z ulicą Szpitalną, o tyle emblematyczne, że to w tym miejscu grubo od ponad 100 lat znajduje się pijalnia czekolady Wedla, przez pewien czas oferująca niestety wyroby czekoladopodobne z abstrakcyjnym logo 22 Lipca.
Kiedyś, jeszcze w XIX i na początku XX wieku, stały w tym kwartale oficyny reprezentacyjnych kamienic, których fasady stanowiły ozdobę równie reprezentacyjnego traktu stolicy – Nowego Światu. Do 1939 roku uliczka nosiła wdzięczną nazwę Hortensji. W tymże 1939 roku kilkunastoletni Tadzik Konwicki uczył się w Gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta w Wilnie i przez małoletnią głowę mu nawet nie przechodziło, że nad malowniczą Wilejką długo już nie pomieszka, a los rzuci go nad brzegi chyba mniej malowniczej w swym średnim biegu Wisły.
Nie Tadzik już, a całkiem dorosły Konwa, po wyjściu z klatki skręcał w prawo i po krótkiej chwili przechodził przez kutą bramę posesji przy Nowym Świecie 35, tuż obok cukierni Bliklego. Ale nie ona przez dziesięciolecia stanowiła cel wędrówki, tym bardziej, że była to zwykła nieduża cukierenka nie oferująca jakiejkolwiek konsumpcji na miejscu – z wyjątkiem porannych godzin w Tłusty Czwartek, gdy trudno było się powstrzymać, aby od razu nie rozbebeszyć paczuszki i nie wepchnąć do ust ciepłego jeszcze pączka z różanym nadzieniem, polanego przyklejającym się do brody lukrem.
Konwa znów obracał się na pięcie w prawo i żwawo podążał w kierunku Alej Jerozolimskich. Nie mijał żadnego Ronda de Gaulle’a z wiecznie zieloną palmą, bo nic takiego wówczas nie istniało. Po prostu po pasach przechodził przez Aleje i zbliżał się do Placu Trzech Krzyży, jak najszybciej mijając po lewej złowróżbne i nieme gmaszysko KC PZPR. Niestety, nie było szansy, by nie przejść obok Mysiej, cieszącej się jakże zasłużoną renomą z powodu goszczenia Głównego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk. Przy opadającej ku Powiślu Książęcej powracał na stronę Instytutu Głuchoniemych i prowadzony niezawodnym instynktem zagłębiał się w kanion ulicy Wiejskiej, by gwałtownie wyhamować (nim nieopacznie dotarłby do zabudowań sejmowych) przed wejściem do siedziby Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”.  Jeszcze kilka schodków dół, bo dawna stołówka pracownicza, a potem kawiarnia Czytelnika mieści się w suterenie, i można było dostojnie zasiąść przy stoliku, który zależnie od konfiguracji nosił miano filmowego lub literackiego. W pewnym momencie zmienił się w eklektyczną lożę szyderców, w której coraz bardziej sepleniący Gucio Holoubek szedł w zawody o miano najbardziej sarkastycznego komentatora rzeczywistości z coraz bardziej charczącym po chorobie i wciąż kresowo zaciągającym Konwickim.
Cała droga z Górskiego na Wiejską róg Frascati to najwyżej kilometr, na pewno bez okładu. Piętnaście minut spaceru. Dwie godziny w kawiarni Czytelnika. I znów kwadrans do domu. Tak przez miesiące, lata, dekady. Gdy zaczęło brakować sił, a u Bliklego ustawiono kawiarniane stoliki, tam właśnie siadał z Gustawem. Bliżej domu. Kawa była lepsza, ale gadać się już coraz mniej chciało, bo wszystko zostało powiedziane. Gdy Gustaw odszedł ze swoimi anegdotami, Tadeusz zniknął. Czasami tylko, z rzadka, gdy pogoda sprzyjała, wychodził na balkon i spoglądał w stronę daru Wielkiego Brata. Ten widok pozostawał niezmienny się przez 60 lat. Oczy były już zbyt słabe, by dojrzeć godzinę na milenijnym zegarze. O czym wtedy myślał? Chyba o Nowej Wilejce. Jak przez całe życie.

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *