Powszechnie wiadomo, że każdy prawdziwy krakus słynie z dwóch komplementarnych postaw życiowych: po pierwsze jest zawołanym centusiem, a po drugie bezbrzeżnie wielbi Monarchię Austro-Węgierską, zjednoczoną przez dziesięciolecia pod berłem Habsburgów, konkretnie zaś wiecznie zatroskanego dziadunia z bujnymi pekaesami – Franciszka Józefa I. Z tego punktu widzenia ekstremalnym przypadkiem krakusa jest oczywiście niejaki Leszek Mazan. Jednak o ile Leszka Mazana poznać dość łatwo, wszak to poważany w galicyjskim światku twórca krakauerologii, o tyle przeciętny, szeregowy krakus, o ile w ogóle wśród krakusów taka licha ranga występuje, wymaga króciutkiej choćby charakterystyki. To uniemożliwi, a przynajmniej utrudni podszycie się pod niego, w celach co najmniej niecnych, a może wręcz haniebnych, jakiemuś farbowanemu lisowi, inspirowanemu z pewnością przez ośrodki leżące poza granicami Galicji.
Otóż prawdziwy krakus, dla wtajemniczonych krakauer, przede wszystkim mieszka w obrębie Plant. Co prawda liberalne skrzydło dopuszcza adres Dietla czy Mickiewicza, w żadnym jednak razie krakus nie może mieszkać w odległości większej od Plant niż ta, jaka je dzieli od Bazyliki Mariackiej. Żadna Krowodrza, żadne Podgórze, żaden Kazimierz, o Nowej Hucie nawet nie wspominając. Ogólnie rzecz biorąc – dźwięk strażackiej trąbki wyznacza granice ostoi krakusa. A inni niech się wspomagają falami eteru, o ile wiedzą, gdzie na skali szukać programu pierwszego, który nieodmiennie kojarzy się z falami długimi i skoczno-biesiadnym „Latem z radiem” („Letem z rozhasam” – w końcu bracia Czesi także byli umiarkowanie lojalnymi obywatelami Austro-Węgier, póki napój chmielowy zbyt w głowach nie zaszumiał).
Drugą cechą wyróżniającą krakusa jest cel wyjścia. Dotyczy to nawet takich sytuacji, gdy wyjście pozbawione jest wszelkiego celu, a nawet należałoby oczekiwać, że celem powinno być wyjścia uniknięcie. Przede wszystkim w tych chwilach, gdy krakowska atmosfera odrobinę się pogarsza, czyli gdy stężenie w powietrzu pyłów PM o dowolnej numeracji przekracza normę o jakieś 2 miliony procent. W chwilach, gdy atmosfera zdecydowanie polepsza się, a stężenie przekracza normę zaledwie o milion procent, co jednak nie jest zjawiskiem zbyt częstym, wówczas każdy szanujący się krakus podążą na Kleparz, by nabyć ekologiczne warzywa i makrobiotyczne owoce. Ale nie to jest najbardziej istotne, choć oczywiście odpowiednia dieta ma duże znaczenie w utrzymaniu wysokiej zdrowotności wśród populacji (sprzyjają jej oczywiście także precle, zarówno z solą, jak i z sezamem, najlepiej jeszcze ciepłe). Otóż najważniejszy jest fakt, że krakus, nawet udając się na przywołany przed chwilą, wybrukowany od brzegu do brzegu Kleparz, zwany starym, wychodzi na pole. Nie udało się do tej pory dociec w sposób jednoznaczny, czy nader paradoksalne pozbawienie krakusów dworu na rzecz pola ma wiązek z dawną stołecznością miasta – wszak dwór mógł być tylko i wyłącznie na Wawelu i mnożenie dworu mogłoby być poczytane za zamach na godność królestwa, a zatem podlegałoby odpowiedniej jurysdykcji i penalizacji, a lochy w owych czasach pozbawione były tak elementarnych utensyliów jak telewizja kablowa czy sieć wi-fi. Inny kierunek dociekań wiedzie w stronę skrywanego uwielbienia, nierzadko podszytego strachem, jakie krakusi żywili wobec przedstawicieli chłopstwa, którzy z polem siłą rzeczy kojarzyć się musieli. Ikoniczne przykłady stanowią porywczy Jakub Szela i kosynier Czepiec, natomiast już nie bezimienny Szewczyk, będący raczej kuśnierzem i pirotechnikiem, lub Wanda, której nieufny stosunek do określonej nacji stanowi kolejne potwierdzenie tezy o powtarzalności historii.
Trzecia cecha ma charakter najbardziej specjalistyczny. Oczywiście w tej sytuacji swoistym, acz bezwiednym specjalistą jest nadawca komunikatu, jednakże specjalistą świadomym musi okazać się odbiorca, który w niezawodny sposób identyfikuje regionalizm krakowski (choć pewne ośrodki badawcze usilnie dążą do rozszerzenia kategorii na całą Małopolskę, co wynika oczywiście z tak zwanego kompleksu krakusa, czyli ewidentnej zazdrości). Otóż prawdziwy krakus, bo o takim wciąż jest mowa, za żadne skarby nie powie po prostu „panienka” czy „okienko”. W jego wykonaniu zawsze będzie to „panieŋka” lub „okieŋko”. Ten robaczek, sprytnie udający literkę „n” z jedną nóżką bardziej, to międzynarodowe (ho, ho!) oznaczenie spółgłoski nosowej tylnojęzykowo-miękkopodniebiennej. Na wszelki wypadek tematu nie będziemy drążyć, bo wkrótce mogłoby się okazać, że krakus poinformowany o tej swojej cesze mógłby zareagować podobnie, jak niejaki pan Jourdain (niewątpliwie Francuz), gdy dowiedział się niespodziewanie, iż od czterdziestu lat mówi najczystszą prozą. Nadmienię, że pan Jourdain serdecznie podziękował swemu nauczycielowi za tę informację, ponieważ wydarzenie to miało miejsce w tych zamierzchłych czasach, gdy jeszcze za coś dziękowano.
Tak oto w telegraficznym skrócie udało się podsumować najważniejszą wiedzę dotyczącą prawdziwego krakusa. Oczywiście w innych okolicznościach można byłoby snuć dalsze dywagacje, jednak na nasze potrzeby można poprzestać na powyższych konstatacjach. Prawdziwego krakusa uznajemy za wystarczająco zdefiniowanego.
W tym miejscu wypada przypomnieć o wspominanym w początkowym akapicie krakusowym uwielbieniu dla nieboszczki Monarchii Austro-Węgierskiej. Uwielbienie to ma charakter aksjomatu, przez co nie wymaga żadnych dowodów. Jednak niechże wolno będzie wspomnieć tylko o kultowej scenie, w której pan Palivec, właściciel gospody, informuje Józefa Szwejka, iż z szacunku dla najjaśniejszego pana zdjął ze ściany jego portret, by muchy go bezkarnie nie obsrywały. A przecież pan Palivec nie był nawet krakusem, a niechybnie Czechem. To się nazywa uwielbienie. Zostało ono jak najbardziej docenione. Jak być może komuś udało się zapamiętać, pan Palivec otrzymał w zamian dach, wikt i opierunek od państwa na kilka długich lat.
Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia lub byli na tyle zdegenerowani, by nie doceniać błogosławieństwa pozostawania pod opiekuńczymi skrzydłami Franciszka Józefa. Niechlubny przykład stanowi freiter Jan „Kania” Kaniowski, któremu tylko niesamowity zbieg okoliczności pozwolił uniknąć procesu resocjalizującego autorstwa oberleutnanta von Nogaya. Nie ma nawet co wspominać o innych podejrzanych indywiduach z rzeczonym Kanią w niecnym procederze sprzymierzonych.
Ale to margines marginesów. Sentyment do imperium Habsburgów jest tak silne, jak ślinotok na widok tortu Sachera.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *