Ludzie o sięgającej głęboko w czasy minione pamięci, zapewne z sentymentem wspominają cykl filmów telewizyjnych Antoniego (acz zdecydowanie wolał wersję skróconą imienia: Tony; czyżby coś przeczuwał?) Halika pod wspólnym tytułem „Pieprz i wanilia”. Nie wiem, skąd wówczas wziął się pomysł na taki właśnie tytuł, choć domyślam się, że chodziło o efektowną zbitkę w stylu słodko-kwaśny lub jasno-ciemny. I o skojarzenie z porzekadłem o miejscu, w którym pieprz rośnie (no właśnie, gdzie?), czyli daleko, daleko, hen. Bo trudno podejrzewać, żeby pieprzem miał być Halik, a wanilią do pary jego żona Elżbieta Dzikowska, z kultową fryzurą na jeża z wicherkiem. Nikomu do głowy by nie przyszło coś takiego. Halik na pewno ględził/gawędził, kalecząc uroczo polszczyznę, ale na pewno nie pieprzył, bo wszyscy, jak Polska długa i szeroka, by o tym wiedzieli.
Z pewnością Jarosław Molenda w jakimś stopniu inspirował się pomysłem Halika (czy też Dzikowskiej), choć trzeba przyznać, że taka koincydencja może okazać się cokolwiek myląca. „Pieprz i wanilia” to był cykl podróżniczy, autorzy zapuszczali się w niemal niedostępne zakamarki Amazonii czy Papui, a autochtoni w zamian za pokazy obrzędów inicjacji lub zabiegów szamańskich pomniejszających głowy wrogów pobierali opłatę w szklanych paciorkach (cóż, czasy były wciąż siermiężne, Gierek nie zdążył pobrać kredytów na zakup maczet albo aluminiowych garnków). „Od chili do wanilii”, choć powoduje pewną konsternacją związaną z nieadekwatną liczbą samogłosek „i” w końcówce dopełniaczowej, to nie jest relacja podróżnicza. Jednakowoż z drugiej strony jest to książka w zasadzie podróżnicza. Taką krępującą sytuację można śmiało określić mianem dialektycznej.
Ten dość zagmatwany dylemat są w stanie rozstrzygnąć jedynie bohaterowie opowieści, wśród których, poza tytułowymi chili i wanilią, odnajdujemy: żyto, kapustę, ogórki, dynię, herbatę, trzcinę cukrową, trufle i ananasy. Załoga zacna, i coś na ząb powszedni, i na świąteczny, i coś do popitki, a i deserek się znajdzie. Właściwie blisko stąd do znakomitego i klasycznego wierszyka Brzechwy „Na straganie”. Bo i tu toczą się rozmowy, głównie o tym, skąd co pochodzi i którędy dotarło. Prawdę mówiąc, temat współcześnie nader śliski. A to feler, westchnął seler.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *