Boy swoje lata ma. Czyli dziś to już Oldboy. Innymi słowy – od dość dawna możemy z nim obcować na różne sposoby. Wielokrotnie nieprzymuszona okolicznościami miałam okazję widzieć jego zdjęcie, podobiznę, portret (ten Witkacego podobizną jest w pewnym tylko stopniu, choć przyznać należy, że właściciel Firmy Portretowej buszował jedynie na peryferiach Czystej Formy), a nawet popiersie (gdy z preclem lub dwoma w dłoni/ach wybieram się na rytualny spacer po krakowskich Plantach). I za każdym razem występowało zjawisko tak zwanego dysonansu poznawczego. Bo cóż ja poradzę, że nieodmiennie dostrzegałam fizjonomię łączoną. Czyli złożona z wielu kawałków. Trochę Adolfa Dymszy, trochę Stefana Żeromskiego, jakaś cząstka Kazimierza Rudzkiego (wspaniałego polskiego Bustera Keatona, choć podkreślanie przynależności narodowej pozbawione jest sensu o tyle, że Keaton grał w filmach absolutnie niemych), a na dokładkę Wincenty Pstrowski, choć w żaden sposób Boyowi nie chciałabym uwłaczać. Cały ten portretowy puzzle układa mi się nieodmiennie w fizjonomię księgowego z prowincjonalnej fabryczki kredek świecowych i ołówków. Czy powinnam po tym jeszcze dodawać, że Boy miał na imię Marcjan (między innymi, na pierwsze wszak Tadeusz)? Co o tym wszystkim sądzić? Niezły man z tego boya, nieprawdaż? Taki melanż!
Spytam teraz z damskiego punktu widzenia: czy taka mieszanka ma walory wybuchowe? Czy to high explosive? Czy elektryzuje i doprowadza do palpitacji, choćby nawet metaforycznych? Czy przyciąga uwagę bardziej niż przykurzone okazy z wystawy roślin owadożernych? Czy budzi motyle w brzuchu i rozszerza nozdrza? Czy zwiększając górne ciśnienie tętnicze doprowadza hemoglobinę do stanu wrzenia? Dość, dość już tych partykuł pytających, w dodatku w intencji ewidentnie retorycznych, co nie oznacza, że zbędnych. Otóż nie, jeśli wykluczyć przypadki skrajnie ekstrawaganckie, które występują w przyrodzie.
Jednak dalsze pytania cisną się same. Może jakiś walor szczególny, jakiś akcent indywidualny, jakiś godny uwagi szczegół przemawia za Boyem jako mężczyzną? I znakomity Eugeniusz Bodo, i Marian Hemar w ścisłej kolaboracji z Ludwikiem Sempolińskim, nie wspominając już o wielkim Chaplinie, wszyscy oni sławili z wielkim sukcesem ten atrybut męskości, być może ówczesny symbol samca-alfa, którym także Boy zdobił swe lico – wąsik, ach ten wąsik, jako rym do „pląsik”). Czy w wąsiku tkwi jego tajemnica? Nie sumiastym, sarmackim, podwijanym i w piwnej pianie unurzanym, ale stricte modernistycznym, zgrabnie przyciętym, szczotkowatym lub raczej szczeciniastym. Może wśród tego włosia lęgły się jakieś szczególne feromony, które na swoje miano i reputację afrodyzjaku zapracowały dopiero wiele dziesiątek lat później.
Ale właściwie wszelkie te dywagacje psu na budę i funta kłaków niewarte, bo rzecz nie w tym, kto leciał na Boya, ale na kogo leciał Boy. Czyli czuł miętę. Przez domniemanie – która z dam miała najpiękniejsze uszy (że odwołam się do klasyka i kolegi po piórze Boya oraz jego imiennika, Dołęgi-Mostowicza, który się jednak z wąsem nigdy nie afiszował). Boy miał wielkie serce i czynił z niego użytek. I choć swoje lata ma, to kochane przez niego kobiety wciąż pozostają młode i piękne.

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *