Dość sztywno wyszedł zza ciemnej ciężkiej kotary. Dość wysoki, szczupły, twarz raczej bez uśmiechu, wzrok skierowany prosto przed siebie. Od razu było widać, że nie czuł się pewnie, a tremę nieudolnie maskował pozorami braku zainteresowania całą sytuacją. Niezbyt mocne światło lamp naftowych wydobywało z półmroku dwie wyraźne jaśniejsze plamy: wykrochmalony biały gors frakowej koszuli oraz niemal tak samo białą skupioną twarz, nad którą pod wpływem ruchu powietrza falowała wściekle ruda nawałnica włosów, iście artystowska. Posiadacz takiej fryzury nie mógł być człowiekiem tuzinkowym. Co więcej, stanowiła ona wyraźny znak, że jego dusza jest równie nieposkromiona, a myśl tyleż lotna, co krnąbrna. Podszedł do fortepianu, wsparł się o niego ręką i zwracając się ku zgromadzonym, skłonił się dość niezgrabnie, a nawet wstydliwie. Przymknął przy tym oczy, jakby oślepiało go mocne światło, ale ten zabieg nie mógł sprawić, że niezauważone pozostały jego błękitne oczy o lekko opadających powiekach, co nadawało jego twarzy wyraz lekkiego zdziwienia czy też zagubienia. W salonie rozległy się stłumione oklaski. Niezbyt duże audytorium z delikatnym, acz wyczuwalnym dystansem przywitało młodego pianistę, który niedawno ukończył studia w Instytucie Muzycznym i jak każdy ambitny i żądny sławy artysta na początku drogi starał się pozyskać przychylność odbiorców.
Muzyk przyjechał z Warszawy do Krakowa z nadzieją, że jeśli uda mu się odnieść sukces w tym mieście, droga ku koncertom w innych metropoliach Monarchii Austro-Węgierskiej stanie otworem, a po zawojowaniu Wiednia można będzie myśleć o zapełnieniu sal w Paryżu czy Londynie. Na razie musiało jednak wystarczyć kilkanaście osób, choć niepoślednich, mających wpływ na kształtowanie opinii wśród krakowskich melomanów i koneserów sztuki.  W skupieniu siadł przy fortepianie, odrzucając zgrabnie ogon fraka. Zawiesił dłonie nad klawiaturą, zmuszając zebranych do wstrzymania oddechów. A potem zaczął grać Chopina i Liszta. Ruda czupryna powiewała przy każdym przechyleniu głowy – jak rewolucyjny proporzec. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że ta interpretacja to ostateczny dowód, przesądzający o prawdziwości słów Roberta Schumanna, że muzyka Chopina to armaty ukryte w kwiatach. Nikt w tym konserwatywnym mieszczańskim salonie. Po trzech kwadransach pianista skończył recital. Słuchacze z entuzjazmem powstali z foteli i klaskali długo i głośno, aż tym klaskaniem mieli obrzękłe prawice. Artysta kłaniał się raz za razem, sprawiając wrażenie zażenowanego tak żywiołowym przyjęciem. Nie nawykł jeszcze do aplauzu. Teraz na jego ustach pojawił się uśmiech. Spod wąsa.
Lampy już kopciły, więc dwie panny służące dziarsko ruszyły, by poprzycinać knoty i gdzie trzeba, dolać nafty. Spowodowało to rozluźnienie wśród zgromadzonych, którzy pojedynczo lub dwójkami zaczęli podchodzić do artysty i gratulować mu wspaniałego występu. W tym korowodzie wyróżniała się niepospolitą sylwetką dama, do której wszyscy obecni zwracali się ze szczególną atencją. Jej dokonania artystyczne były powszechnie znane, należała do nielicznego grona osób z tego regionu, które dzięki talentowi i niebywałej wytrwałości odniosły sukces nie tylko w Europie, ale także w Ameryce. To o tyle zaskakujące, że materią jej sztuki był język.
– Panie Ignacy, wspaniały koncert. Bardzo panu dziękuję. Wzruszyłam się doprawdy. Pan taki młody, wiele jeszcze przed panem. Jestem pewna, że w przyszłości wiele pana czeka. Gra pan cudownie. Ma pan talent czystej wody. Czy nie będzie pan miał nic przeciwko temu, abym włączyła się w akcję zbierania funduszy, które umożliwią panu dalsze kształcenie się u największych mistrzów? Mniemam, że tych można znaleźć we Wiedniu, nieprawdaż? To będzie dla mnie i przyjemność, i zaszczyt. Bardzo proszę, panie Ignacy.
– Zaszczytem dla mnie są pani słowa i intencje, cudowna pani Heleno.
I tak oto Helena Modrzejewska, potrafiąca Amerykanów, dla których była Modjeską, doprowadzać do łez, licząc po polsku od jednego do stu, wpłynęła na losy młodego Ignacego Jana Paderewskiego. Dzięki zbiórce, którą przeprowadziła, pojechał na nauki do Wiednia, skąd po kursie mistrzowskim wyruszył na podbój świata. Tak oto los połączył nietuzinkową kobietę i wielce obiecującego młodzieńca. Czas biegł, młodzieniec stał się dojrzałym mężczyzną, światowej sławy pianistą, zarazem jednym w twórców niepodległości i premierem. Ognista czupryna utraciła kolor. Już nie ruda, a siwa. Nie uleciał jednak urok, pozostały błękitne oczy o lekko opadniętych powiekach. Tym, i oczywiście swoją sztuką, urzekał przez całe życie kobiety. W Polsce, w Ameryce, w Szwajcarii. Wszędzie. Warto o tym poczytać. I rzecz jasna pamiętać, że Paderewski to żaden krewny Pendereckiego.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *