Nadeszły takie czasy, że bez objaśnień źródłowych się nie obejdzie. Od tytułu należy zacząć. Autorka w sposób zapewne świadomy nawiązuje do znakomitej książeczki autorstwa dwóch tuzów polskiej literatury dwudziestowiecznej „W oparach absurdu”. Kto nie czytał, ten trąba, ale wciąż jeszcze ma szansę stać się co najmniej violą da gamba, jeśli nie szpinetem i klawikordem w jednym. Ten niepozorny zbiorek jak najbardziej zmyślonych gazetowych newsów, ogłoszeń i artykułów to, nie bójmy się tego terminu, naprawdę niezłe jaja. Opary, jakie solidarnie wytworzyło dwóch najdowcipniejszych skamandrytów, do dziś mogą zwalić z nóg nawet zatwardziałych melancholików, którym nie wystarczy nawet worek cukru, żeby uśmierzyć czkawkę ze śmiechu. Do tej pory objaśnianie szło gładko.
Równie gładko pójdzie z absyntem, który absolutnie nie ma nic wspólnego z abstynencją. Ma natomiast bardzo wiele wspólnego z jej nieumiarkowanym brakiem. Otóż absynt, zwany czule Zieloną Wróżką, to rzadkie paskudztwo o smaku piołunu i anyżu. Jednak jego urzekający kolor (zielony, a jakże), duże stężenie upajających olejków eterycznych oraz wysoka liczba oktanowa, wszystko to sprawiło, że na przełomie XIX i XX wieku wóda ta cieszyła się niesłychaną popularnością w kręgach paryskiej bohemy, a skoro tam, to w kręgach wszelakiej bohemy, w tym oczywiście małopolsko-młodopolskiej. Miał absynt swoje pięć minut, powydzielał swoje opary i odory, aż w końcu zakazano jego produkcji nie tylko we Francji, ale praktycznie we wszystkich krajach europejskich. Nadszedł rok 1914 i pewne okoliczności zaczęły bardziej zaprzątać uwagę społeczeństw Starego Kontynentu.
Historia potrafi być fascynująca. Gładkie połączenie elementów warszawskiego dwudziestolecia wojennego z krakowską kawiarnianą atmosferą z przełomu wieków może nasuwać podejrzenie o pewne nadużycie, jednak nie mam wątpliwości, że popełnione w jak najlepszej wierze. Wierze w popularyzatorską moc literatury.
Iwona Kienzler jest wielce doświadczoną i zahartowaną w bojach o poziom pisarstwa non-fiction autorką. Doskonale wie, co to szapoklak albo desu. Zbudzona w nocy o północy będzie potrafiła lewą ręką rozsznurować fiszbinowy gorset albo przypiąć getry do trzewików, które to getry, wbrew pozorom, nie oznaczają wcale dzianych podkolanówek dla futbolistów. Iwona Kienzler wie, że słowo „skandal” znaczyło coś zupełnie innego 100 lat temu, a co innego znaczy dzisiaj. Choć dzisiaj to ono właściwie już nic nie znaczy, podobnie jak setki innych słów kompletnie zdezawuowanych. Ona używa go w znaczeniu jeszcze XIX-wiecznym. Wtedy nieodmiennie wiązało się głównie ze stosunkami męsko-damskimi bądź ogólnie sferą erotyki, znacznie mniej z polityką, która teraz jest ponętna jedynie dla samych polityków li tylko.
A wracając do książki – nawet nie wiecie, o jak wielu skandalistach uczyliście się w szkole powszechnej, niezależnie od tego, w jakim systemie i według jakiej postawy byliście kształceni, nie mając pojęcia o ich życiowych perypetiach. Bo gdy tylko ktoś wspomni półgębkiem, że Wyspiański zmarł na syfilis, to już uchodzi za eksperta i może pretendować do miana środowiskowego trendsettera. A to tylko maciupeńki wierzchołek młodopolskiej góry lodowej, pływającej w odmętach zielonego jak szczypiorek absyntu.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *