Paszport. Jedno z magicznych słów w PRL-u. Takich jak kabanos czy papier toaletowy (to co prawda dwa słowa, ale jak się już udało go upolować, to od razu brało się cały naszyjnik nanizany na papierowy sznurek – na papierowy, bo konopny był teoretycznie do snopowiązałek, choć i tak go nie było, a na sizalowy brakowało dewiz, ponieważ uprawy agawy kiepsko się udawały w strefie rubla transferowego). O paszporcie można było marzyć, śnić. Władza nie po to utrzymywała całe pułki WOP-istów, nie po to bronowała plaże, karczowała lasy w strefie przygranicznej (tak, tak, drzewa nie mają u nas szczęścia) i szkoliła sfory owczarków niemieckich, których nosy miały zastępować noktowizory i kamery na podczerwień, żeby przyznawać tak ważny dokument bez opamiętania. Paszportu nie dostawał byle kto, byle jak i byle gdzie. Obywatel owładnięty godnym napiętnowania pragnieniem wyjazdu za granicę, nawet jeśli to była tylko bratnia granica, a czasami zwłaszcza jeśli taka była, z tego tylko powodu już budził podejrzenia. Czyżby czegoś mu brakowało w socjalistycznej ojczyźnie, uosabiającej postępowe ideały? Czy to aby nie objaw malkontenctwa i chęć ideowego szkodnictwa? Takiego obywatela należało poddać procesowi edukacyjnemu. Kształtowaniu pożądanych postaw służyło uświadomienie jednostce, jak niewiele znaczy wobec suwerennych mas robotniczo-chłopskich, których emanacją jest partia dzierżąca historyczny mandat, a szczególnie jej nieomylny aparat.  Aparat miał wiele siedzib, jawnych, mniej jawnych i absolutnie tajnych. W przypadku paszportu należało samodzielnie udać się (to godne podkreślenia, w dotarciu do wielu innych siedzib aparatu aktywnie pomagali funkcjonariusze) do odpowiedniej jawnej siedziby, zgodnego z rejonizacją wydziału paszportowego MO. Oczywiście był to element swoiście pojętej umowy społecznej, jakoby ten obszar troskliwej opieki nad obywatelem należał do kompetencji MO, a nie SB. W każdym razie tam, w przyjaznej petentowi scenerii, którą tworzyła zakratowana dyżurka oficera pod bronią przy wejściu, lub pozbawiony okien korytarz wyposażony w trzy rozchwiane krzesła, z których petent korzystał jedynie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia zdrowia lub życia, ponieważ siedzenie trzech osób w otoczeniu trzystu osób stojących mogło stanowić jawną prowokację, odbywał się pierwszy etap edukacji. Złożenie odpowiedniego formularza personalnego opatrzonego znaczkami skarbowymi, odręcznie napisanego życiorysu oraz przekonującego uzasadnienia chęci otrzymania limitowanego dokumentu oraz trzech zdjęć zajmowało z reguły około dwunastu godzin. Skoro wydział paszportowy słusznie cieszył się statusem urzędu państwowego, godziny jego otwarcia były jednoznacznie zdefiniowane: od 8 do 16. W związku z tym, jak łatwo obliczyć (w końcu nauka liczenia to także element edukacji), aby misja zakończyła się powodzeniem, należało zająć miejsce w kolejce najpóźniej w okolicach 4 nad ranem. Dla uproszczenia narracji przyjmijmy, że udało się złożyć odpowiednie dokumenty w komplecie. Wówczas następował etap oczekiwania na weryfikację. Etap ten nie podlegał żadnym jasno określonym regułom. Obywatel czekał, bo miał czekać, taki obywatelski obowiązek. A władza obywatela prześwietlała. Czasami prześwietlanie trwało krótko i następowała po nim odmowa przyznania paszportu. Innym razem prześwietlanie trwało długo (obywatel miał czekać, władza będąca emanacją suwerena wie najlepiej, co dobre dla obywatela) i następowała po nim analogiczna odmowa. Oczywiście obywatelowi zapewniono socjalistyczną dwuinstancyjność, mógł złożyć powtórny wniosek (nie odwołanie, bo to mogłoby oznaczać, że organ się pomylił, a powtórny wniosek i związany z nim okres oczekiwania mógł służyć temu, żeby organ zmienił zdanie, szczególnie pod wpływem pomyślnie przebiegającego procesu edukacji obywatela, który w końcu zaczynał rozumieć, że bliższa niż standardowa współpraca z organem może przynieść wymierne korzyści). Złożenie powtórnego wniosku w siedzibie organu wyższej instancji najczęściej jednak przynosiło skutek przewidywalny – odmowę wydania paszportu. Obywatel pośród rozlicznych praw, zagwarantowanych konstytucyjnie, na pewno nie posiadał prawa do zawracania władzy i reprezentującym ją organom głowy. Dlatego też musiał minąć odpowiedni okres karencji, gdy mógł ponownie rozpocząć starania o wydanie paszportu. Encore une fois, czyli апять и апять. Prawa wiążą się nieodmiennie z obowiązkami. Część z nich także była obwarowana konstytucyjnie, część zaś znajdowała się w aktach legislacyjnych niższego, co czasem oznaczało – ważniejszego stopnia. Każdy obywatel, który z jakiegoś nieodgadnionego powodu otrzymywał paszport (bo rzecz jasna cała ta procedura nie dotyczyła tych, których dotyczyć nie mogła z przyczyn, nad którymi tu nie warto się rozwodzić), wyjeżdżał, co często stanowiło osobną epopeję, a po powrocie do ojczyzny, w której podczas jego nieobecności następowały nieodmiennie same dobre zmiany, miał do dyspozycji aż pięć dni, by paszport zwrócić do odpowiedniej rejonowej siedziby organów. Przekroczenie tego terminu raczej nie wchodziło w grę, ponieważ równałoby się zaborowi mienia państwowego znacznej wartości, a za takie przestępstwo groziły kary całkiem wymierne i zgodne z wolą surowego, ale sprawiedliwego przecież suwerena. O paszporcie w PRL-u można jeszcze długo. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu to opowieść wręcz niewiarygodna. A jednak prawdziwa.  Trudno się więc dziwić, że wielu z tych, których potraktowano wielokrotną odmową przyznania paszportu, chciało zwiać za wszelką cenę, jakaś część próbowała, a niewielu się udawało. I nie wiem, czy pocieszenie może stanowić fakt, że i tak mieliśmy lepiej niż enerdowcy. W końcu to nasz barak był najweselszy.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *